Społeczne plusy i minusy autoprezentacji

Wyobrażenia innych ludzi o tym, jacy jesteśmy, mają niezwykłe znaczenie dla jakości naszej egzystencji: wpływają na naszą pozycję społeczną, jakość relacji międzyludzkich oraz jeden z najistotniejszych czynników naszego życia psychicznego – samoocenę, czyli poczucie własnej wartości. Tożsamość jednostki, samoocena i oceny innych są ściśle ze sobą sprzężone. Zwracał na uwagę m.in. to Roy F. Baumesiter:

Samoocena to ocena złożona z myśli i uczuć wartościujących „ja”. Można ją oddzielić od oceny publicznej, która odnosi się do tego, jak odbierają nas inni. W rzeczywistości jednak ocenianie samego siebie i ocena przez innych są tak głęboko ze sobą splecione, że takie rozróżnienie nie ma większego znaczenia i na razie będę się nimi posługiwał wymiennie. W samoocenie rozumianej jako motywacja najistotniejsze jest to, że ludzie szukają i pragną pozytywnej oceny zarówno we własnym mniemaniu, jak i w oczach innych (Baumeister 2011, 153).

         Podobnie Philip G. Zimbardo i Michael R. Leippe:

Ponieważ postawy wobec ważnych spraw mogą służyć samookreśleniu i samoocenie oraz je podtrzymywać, wiele procesów wywierania wpływu obejmuje zmianę sposobu postrzegania samych siebie, a nie tylko obiektów wpływu (Zimbardo, Leippe 2004, 56).

Zdając sobie sprawę z roli, jaką w naszym życiu odgrywa odbierane przez innych wrażenie, trudno się dziwić, że zwracamy na to szczególną uwagę, a od czasu do czasu staramy się kontrolować swój publiczny wizerunek (nieświadomie zaś czynimy to nieustannie). Owo kontrolowanie sposobu, w jaki widzą nas inni, nazywa się właśnie autoprezentacją albo manipulowaniem wrażeniem.

Słowo „manipulowanie” cieszy się – przynajmniej w języku polskim – zdecydowanie złą sławą, dlatego osobiście staram się nim nie posługiwać w kontekście autoprezentacji. Mówiąc o manipulowaniu wrażeniem, mamy zwykle na myśli manipulowanie ludźmi, a więc instrumentalne posługiwanie się nimi w celu uzyskania jakichś konkretnych korzyści. Z autoprezentacją sprawa ma się jednak cokolwiek inaczej. Choć nie da się ukryć – i nie ma takiej potrzeby – że dokonywana jest ona głównie z pobudek egoistycznych, to przynosi zdecydowanie pożyteczne skutki społeczne.



Każdy medal ma jednak dwie strony, tak też i autoprezentacja bywa – a nawet nieustannie po prostu jest – zarówno społecznie szkodliwa, jak i pożyteczna. Zupełnie przypadkiem – albowiem wypowiadając się na inne tematy – zdołał obie te strony ująć w jednej, niezwykle skondensowanej i bezkompromisowej wypowiedzi Paul de Man, bynajmniej nie psycholog. Według tego belgijskiego literaturoznawcy, krytyka literackiego i filozofa, życie społeczne ma charakter na wskroś ironiczny, co w jego rozumieniu oznacza także: dwulicowy i obłudny.

Zdrowie umysłowe może istnieć jedynie dlatego, że zgadzamy się funkcjonować w konwencjach dwulicowości i obłudy; tak jak język konwenansu społecznego odrealnia przemoc zawartą w rzeczywistych relacjach między ludźmi. Z chwilą pokazania maski jako maski, autentyczna osoba pod spodem nieuchronnie okaże się istotą na krawędzi szaleństwa (de Man 1991, 225).

Jakie stąd możemy wyciągnąć wnioski dla naszych rozważań? Otóż zachowania społeczne – zdominowane w znacznym stopniu przez cele autoprezentacyjne – wytwarzają użyteczną, w miarę efektywną i przede wszystkim bezpieczną płaszczyznę komunikacyjną, dzięki której nie skaczemy sobie wszyscy do gardeł, kierując się stricte egoistycznymi pragnieniami. Wprawdzie płaszczyzna ta funkcjonuje „w konwencjach dwulicowości i obłudy”, która „odrealnia przemoc zawartą w rzeczywistych relacjach między ludźmi”, ale lepszej jak do tej pory nie wymyślono – a nawet trudno ją sobie w ogóle wyobrazić.

Alternatywa dla stosunków społecznych przedstawia się bowiem – zdaniem de Mana – następująco: albo dwulicowość i obłuda, ukrywająca rzeczywistą przemoc w relacjach społecznych, albo szczerość i spontaniczność, ujawniającą i realizująca tę przemoc w praktyce, a więc nie tylko w języku.

Wydaje się oczywiste, że troska o wywierane wrażenie powściąga nasze egoistyczne pragnienia, motywy i skłonności, zapobiegając wielu konfliktom, z tymi kończącymi się realną przemocą włącznie. Nie wbiegamy przecież do restauracji, krzycząc wniebogłosy, jak to jesteśmy głodni i chce nam się pić – choćbyśmy byli rzeczywiście głodni i spragnieni. Nie rozpychamy się łokciami w kolejce do kasy, wypychając z niej siłą starców czy niepełnosprawnych – choćby nam się nie wiem jak spieszyło. Nie „walimy ludzi po mordzie” tylko dlatego, że nas krytykują, oszukują czy poniżają – choć nader często zdarza nam myśleć, że na to właśnie zasługują.

Nie robimy takich rzeczy przede wszystkim dlatego, że nie chcemy uchodzić za nieobliczalnych, wulgarnych czy agresywnych. Jako tacy stalibyśmy się szybko społecznie wykluczeni, a tym samym większość naszych celów życiowych nie miałaby najmniejszych szans na realizację. Celów nie tylko – i nie przede wszystkim – zawodowych czy materialno-bytowych (chociaż ich także):

Aby człowiek był w stanie tworzyć bliskie związki, musi zwracać uwagę na sposób odsłaniania się przed innymi. Osoby, które nie przekazują dostatecznej ilości odpowiednich informacji o sobie, mają problemy z nawiązywaniem i utrzymywaniem przyjaźni oraz związków intymnych (Leary 2007,14).

„W rezultacie troska o wywieranie wrażenia ogranicza zakres czynności, na które się decydujemy” (Leary 2007, 9). Tak się szczęśliwie – choć niezupełnie przypadkowo – składa, że ograniczenia te są społecznie pożądane, a w szerszej perspektywie korzystne także dla podlegającej im dobrowolnie jednostki. Mówiąc bez ogródek, na dłuższą metę po prostu opłaca się być miłym i życzliwym dla innych – i za takiego w ich oczach uchodzić. A najlepiej – choć wiadomo, że nie najłatwiej – takim po prostu być.

Taktyki 1

// ]]>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *